piątek, 5 lutego 2016

14. Wątpliwości


Spoglądałam na krople deszczu, które powoli spływały po szybie okna, jakby ścigając się, która pierwsza dotrze na dół. Ja naprawdę nienawidziłam deszczu. Był mokry, zimny i smutny.
Czego się jednak można spodziewać po wiecznie pochmurnym i deszczowym Londynie?

Tak, aktualnie jestem w Londynie. Tutaj mieszka moja nowa podopieczna Sophie. Ma jedenaście lat i kilka dni temu, jej mama zginęła w wypadku. Dziewczynka jest załamana i nic innego nie robi tylko płacze. Jednak co innego mogłaby robić po utracie kogoś tak dla niej ważnego?

Nawet w tej chwili leży zwinięta w kłębek w swoim pokoju na łóżku i płacze. Ja siedzę na parapecie i spoglądam to na nią, to na okno. Aktualna pogoda idealnie wpasowywuje się w atmosferę, niebo płacze razem z nią.

Rozważałam opcję ujawnienia się jej, ale jak na razie nie chcę tego robić. Po pierwsze to i tak zawsze zostawiane jest jako ostatnia deska ratunku. Najpierw trzeba znaleźć inne sposoby, a gdy te się skończą można się dopiero nad tym zastanawiać. Po drugie, cóż, to było nieco bardziej skomplikowane. Naprawdę nie chciałam się za bardzo wczuwać w życie innych. Ja z natury szybko przywykam do ludzi. Gdy moja misja dobiegnie końca, wymazuje im wspomnienia o sobie, jednak kto przyjdzie wymazać moje wspomnienia o nich? No właśnie, nikt. Dlatego ujawnienie się chcę zostawić jako sposób ostateczny.

Z moich rozmyśleń wyrwał mnie chichy odgłos.

Ktoś zapukał do pokoju.

- Chce być sama. - wychlipała dziewczynka

- Sophie, kochanie – zaczął zmęczonym głosem jej tata – nie możesz się zamykać,
choć porozmawiamy, może zjesz coś?

Na jego słowa dziewczynka rozpłakała się jeszcze bardziej. On tylko westchnął i chwilę potem słychać było jego kroki jak odchodzi.

Na samym początku myślałam, że bycie Aniołem Stróżem jest fajne. Teraz zaczynałam mieć wątpliwości.

Trudno się patrzy na smutek innych osób, zwłaszcza jeśli widzi się go cały czas.

Sophie była już moim czwartym podopiecznym. Pierwsi oczywiście byli Cullenowie. Później małżeństwo Richard i Jenna. Jenna była w ciąży i niestety poroniła. Przy nich napracowałam się najbardziej, jednak teraz są szczęśliwi razem z dwójką adoptowanych dzieci. Następny był Nathan, który stracił swojego brata. Tutaj niby niewiele było mu potrzeba. Jego rodzina okazała się być dużym wsparciem, jednak jego rana w sercu zasklepiła się, gdy znalazł dziewczynę, która otoczyła go miłością. Oczywiście nigdy nie zapomniał o swoim bracie, jednak nauczył się uśmiechać, żartować i być szczęśliwym.

Niby zawsze po tym smutku był happy end, jednak chyba nikt nie lubił patrzeć na smutek.

Znowu spojrzałam na płaczącą dziewczynkę i westchnęłam.

Nie, do tego nie da się przyzwyczaić.

Zsunęłam się z parapetu i podeszłam do dziewczynki. Dotknęłam jej ramienia. Oczywiście ona nie mogła tego poczuć. Zamknęłam oczy by się skupić. Przelałam swoją anielską aurę spokoju na nią i dziewczynka zasnęła. Kiedy upewniłam się, że już na pewno śpi, przykryłam ją kocem.

Trzeba wymyślić plan działania. To pewne, że dziewczynka potrzebuje kogoś kto by się nią zaopiekował. Na jej ojca raczej niezbyt można liczyć, gdyż sam jest zbyt załamany po stracie żony. Potrzeba osoby trzeciej, która pomogłaby naprawić tę sytuację. Pytanie tylko kogo? 

Najwidoczniej muszę jeszcze poobserwować.

W sumie nigdy się nie zastanawiałam co się stanie Charlie jak zobaczy mnie martwą w łazience.

Co sobie wtedy pomyślał? Wiedział że byłam cieniem siebie przez to, że Edward mnie opuścił.
Czy będzie chciał się zemścić za to? Pamiętam jaki był zły, gdy wylądowałam w szpitalu po spotkaniu z Jamesem. Choć mówiłam mu, że to nie wina Edwarda on i tak wiedział lepiej i go o wszystko winił, a to był tylko wypadek. Co więc będzie teraz jak umarłam?

A może będzie siebie obwiniał? Za nic nie chciałabym, by myślał, że to przez niego.
Nie wybaczyłabym sobie tego. To była tylko i wyłącznie moja wina. Byłam taka samolubna.
Myślałam tylko o sobie. Ale to wszystko tak bolało. Ja tylko chciałam od tego uciec.
Chciałam przestać cierpieć. Czy to takie złe? Chciałam spokoju. No cóż. Nie wyszło.

Czy Charlie też tak za mną tęskni jak ta dziewczynka? Płacze? Nigdy nie widziałam bym Charlie płakał. Wiem, że nigdy nie byłam z nim w bardzo bliskiej relacji. Oboje ceniliśmy swoją prywatność. Nie lubiliśmy rozmawiać więcej niż było to konieczne. Ale jedno wiem na pewno.
Wiem, że mnie kochał.

Czy też jest tak zrozpaczony? Bo ja tak. Naprawdę żałuję, że nie zdążyłam powiedzieć mu paru rzeczy. Chociażby to jak bardzo go kocham i jakim był fantastycznym ojcem. Czemu nie byłam na tyle mądra żeby zebrać się na szczerą rozmowę? Ach tak bo to wszystko tak szybko się wydarzyło. Mogłam chociaż się ogarnąć i zostawić list, ale nie, myślałam tylko o sobie.

Egoistka.

Od kiedy się taka stałam? Zawsze myślałam bardziej o drugim człowieku, siebie zostawiłam na koniec. Co ból robi z ludźmi. Są gotowi zrobić wszystko by się go tylko pozbyć.

Słaba.

Nie byłam w stanie pozbierać się po odejściu Edwarda. Jednak on nie był zwyczajnych chłopakiem i nasza miłość nie była zwyczajna. Była magiczna. Miała być wieczna. Wieczność. To mi właśnie obiecywał. Jak można przejść do normalnego funkcjonowania po czymś takim? To nie było zwykłe zerwanie jak wszyscy myśleli. To było coś więcej.

Było.

Czas przeszły.

Czy wciąż kochałam Edwarda tak jak przed jego odejściem? W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć że tak, oczywiście. Jednak im bardziej się teraz nad tym zastanawiam, to zaczynam mieć wątpliwości. Nie mogę zaprzeczyć, że to co zrobił mnie zraniło, i to jak dosłownie. Oczywiście wybaczyłam mu to. Przez ten cały czas jak go nie było, jedyne o czym myślałam to on. Chciałam go tak bardzo zobaczyć, usłyszeć, poczuć blisko siebie. Moje martwe serce prawie pękło wtedy gdy dowiedziałam się, że chce się zabić z mojego powodu. Udając się do Volterry błagałam by nie było już za późno. Ulga, jaką poczułam znów go przytulając w cieniu wieży, była nie do opisania. Później wyznał mi miłość i powiedział, że to było dla mojego dobra. Wypełniło mnie wtedy ogromne szczęście i miłość gdy powiedział, że mnie kocha.

Przecież ja też go kocham, tak?

Czy jednak jak się kogoś kocha to się go nie zostawia? Czy właśnie nie o to chodzi w miłości? Że się nie opuszcza aż do śmierci. Niezależnie od wszystkiego, na dobre i na złe, w zdrowiu czy chorobie.

On mnie jednak zostawił.

Kto inny był przy mnie.

Kto inny mnie nie opuścił.

Kto inny był ze mną na dobre i na złe.

Kto inny był ze mną w zdrowiu i chorobie.

Jacob.

Moje słońce w deszczowe dni.

Wtedy jednak tego nie doceniałam. Myślałam jedynie o Edwardzie. Nawet nie zauważyłam kiedy pozwoliłam by Jake się we mnie zakochał. I wtedy ja go zostawiłam. Dla innego. Złamałam mu serce, tak jak Edward złamał moje. Jak mogłam mu zrobić coś takiego? Jednak on bardzo dobrze wiedział, że kocham innego. Był dla mnie rodziną, młodszym bratem, którego nigdy nie miałam. 
Kochałam go, jednak nie taką miłością jaką on by chciał i na jaką by zasługiwał.

Czy teraz jednak to się zmieniło?

Czy dalej Jake jest dla mnie tylko braciszkiem?

Ja naprawdę nie wiedziałam. To wszystko było takie trudne.

Ktoś krzyknął i wyrwał mnie z rozmyśleń.

No tak, Sophie. Najwyraźniej miała koszmar. Podeszłam znów do niej i tym razem postarałam się bardziej by miała spokojny sen. Uspokoiła się i odwróciła na drugi bok. Ja znów wróciłam na parapet.

Jednak to było proste. Czy chce czy nie, jestem Aniołem Stróżem. Mam nowe życie,
w którym nie ma miejsca dla nikogo ze starego. Czy to wreszcie do mnie dotrze?
Ja umarłam. Dla nich wszystkich jestem martwa. No tak… wszystkich oprócz Edwarda i Jacoba.

Czy powinnam jednak ryzykować? Prawo mówi, że nie można integrować w swoje stare życie. To co było minęło i nie warto do tego wracać. I wszyscy umieją się zastosować to tej zasady tylko oczywiście nie ja.

Czy ja się naprawdę nadawałam na Anioła Stróża? Minęły już dwa lata. Rok spędziłam ucząc się w akademii a kolejny na ziemi opiekując się innymi. Czy to jednak było dla mnie? Nie dawałam już rady. Tak bardzo chciałam swojego starego życia.

Brakowało mi teraz mojej kochanej Lany, która by mi coś doradziła. Ona zawsze wiedziała co zrobić i co powiedzieć by mnie pocieszyć. Chciałabym znów się do niej przytulić. Za nią też tak trochę tęskniłam. Już kilka miesięcy się z nią nie widziałam. Obie miałyśmy swoje obowiązki, które trzeba było wypełnić. Jako, że już nie opiekowałyśmy się Cullenami we dwie, telepatia którą wtedy miałyśmy zniknęła. A trudno się z kimś skontaktować bez telefonu ani niczego takiego. Widziałam ją trzy miesiące temu, gdy byłam w Gaju po magiczne mikstury. Jeżeli od tamtej pory nic się nie zmieniło to Lana jest gdzieś w Kanadzie i zajmuje się kilkorgiem dziećmi z domu dziecka.

Cedric… Za nim też tak trochę tęskniłam. Jeszcze jak wszyscy w trójkę byliśmy w Forks powoli się jakoś od niego oddaliłam, też nawet nie wiek kiedy. Ale ostatnio wydawał się być taki jakby… inny? Tak, to chyba dobre słowo. Niby mówił tak samo, zachowywał się tak samo, jednak mimo wszystko coś w nim było dziwnego. Ale pewnie jak zwykle coś wymyślam. Zresztą z nim już spory czas się nie widziałam. Dłużej nawet od Lany. Nawet nie wiem gdzie teraz jest. Chyba skończył już ze sforą więc zapewne nie ma go już w Forks. Kto wie?

Kolejny minus w byciu aniołem. Nie masz nawet czasu by spotkać się ze swoimi przyjaciółmi. Nawet jakbym miała czas to i tak nie wiem gdzie dokładnie się znajdują. Coraz mniej mi się to wszystko podoba.

Ale to teraz moje życie. Nie ważne czy mi się podoba, czy nie.

Za błędy się płaci.

Teraz ważne jest aby Sophie znów zaczęła się uśmiechać i rozmawiać z tatą.

Ktoś zadzwonił dzwonkiem do drzwi. Dziewczynka zmarszczyła uroczo nosek i przerzuciła się na drugą stronę. Ciekawość zwyciężyła i po chwili schodziłam już po schodach, by zobaczyć kto to.

Okazało się, że to znajoma sąsiadka, która wpadła zobaczyć jak się trzymają.

Hmm… chyba już nawet zaczynałam mieć pomysł na pomoc tej rodzinie.

Minęło już kilka miesięcy i muszę powiedzieć, że jestem z siebie dumna. Zawsze robi się miło na sercu gdy się komuś pomaga.

Znajoma sąsiadka, Christian, przestała być już tylko sąsiadką. Ona i Tobias, tata Sophie, powoli się w sobie zakochiwali. Stała się mamą dla dziewczynki, czego ona tak bardzo potrzebowała. Wspierała Tobiasa. Wszystko było na dobrej drodze by cała trójka stała się kochającą rodziną.

I tutaj kończyła się moja rola Anioła Stróża.

Poczułam to dziwne uczucie, które zawsze sygnalizuje, że Rada chce się ze mną zobaczyć.

Zamknęłam oczy i znajome szarpnięcie oderwało mnie od tego wymiaru i po chwili znajdowałam się w Gaju. Skierowałam kroki do budynku Rady, gdzie jak zwykle podziękowali mi i dali namiary na nowego podopiecznego. Szczerze powiedziawszy to nie chciało mi się nawet sprawdzać kto to. Później to zrobię.

Teraz miałam ważniejsze rzeczy do zrobienia. Muszę się upewnić co z Charliem, a gdy już tam będę to pójdę zobaczyć się z Edwardem i pewnie z Jacobem.

Teleportowałam się do Forks. Pojawił się srebrzysty wir, szarpnięcie i już zaraz znajdowałam się nad miasteczkiem. Leciałam chwilę aż znalazłam się nad tym jednym, charakterystycznym budynkiem. Zatrzepotałam skrzydłami i wylądowałam w lesie, za moim starym domem.

Przez chwilę zastanawiałam się czy Charlie nie ma własnego Anioła Stróża, ale po chwili stwierdziłam, że raczej poradziłby sobie sam, nie potrzebowałby do tego anioła. Aniołów było mało i przyznawani byli w konieczności. 

Podeszłam bliżej do budynku i przeniknęłam przez ścianę. To co tam zobaczyłam wstrząsnęło mną. Meble zostały przykryte białym materiałem a wszystkie mniejsze rzeczy zostały zabrane. Było tam tak pusto. Jednak to nie o to się martwiłam.

Gdzie był Charlie? 

Nie… on musi żyć. Nie mógł przecież zginąć. Wiedziałabym. Nie wiem jak, ale wiedziałabym. 

Ale czemu tata by zmienił mieszkanie? To przecież nie miało sensu.

Na drżących nogach wyszłam przed dom. Nie wiedziałam co robić. Nie miałam pomysłu gdzie Charlie mógłby się przenieść.

Moją uwagę przykuł samochód nadjeżdżający z daleka. Jeszcze go nie wiedziałam, ale słyszałam. Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, że ten samochód okazał się policyjnym radiowozem. 

Niewiele myśląc rozpostarłam skrzydła i leciałam za nim.

Powoli chyba jednak wiedziałam dokąd zmierzam. Sama nieraz jeździłam tą drogą, która prowadziła do rezerwatu w La Push.

Po kilkunastu minutach moje przypuszczenia się potwierdziły.

Charlie zaparkował samochód przed domem i wszedł do środka. Ja z prędkością światła pobiegłam za nim. Zdążyłam wejść jeszcze przez otwarte drzwi. Tak bardzo byłam ciekawa do kogo pojechał.

- Cześć kochanie, jak w pracy? – powiedział jakiś kobiecy głos, którego nie mogłam jakoś z nikim połączyć.

- Cześć. Ach… po staremu. Masa papierkowej roboty i nic ciekawego. Już dawno nie byłem na żadnej misji – wmurowało mnie i łzy napłynęły mi do oczu. Tak dawno nie słyszałam jego głosu.

- Ja tam się cieszę, że siedzisz tylko za biurkiem. Już nie te lata by biegać za złodziejami! – kobieta się roześmiała. Zrobiłam kilka kroków do przodu i skręciłam w lewo, skąd dobiegały głosy. 

I wtedy ich zobaczyłam.
 
Charlie i Sue Clearwater.

W jednej chwili poczułam szok. Zaraz doszła radość. Sue była idealna. Nieraz widywałam ją jak byłam w La Push odwiedzić Jake’a. Czasem też z nią rozmawiałam. Była bardzo miła, troskliwa, zabawna. Była cudowna dla Charliego.

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale nie mogłam zbytnio się skupić o czym dokładnie. Byłam taka szczęśliwa. Życzyłam wszystkiego dobrego Charliemu a to się najwidoczniej miało spełnić przy Sue.

Wyszłam z domu niemal w podskokach. Tak bardzo chciałam im pogratulować, ale nie mogłam. 

Głupie prawa głupich aniołów.

Zobaczyłam dym unoszący się z plaży i usłyszałam czyjeś głośne głosy a zaraz śmiechy. Pewnie chłopaki robili ognisko. Może uda mi się jakoś wyrwać stamtąd Jacoba.  

Zeszłam na dół do ogniska. Chłopaki siedzieli dookoła i zajadali się kiełbaskami. Zajęło mi chwilę zanim wypatrzyłam tego konkretnego. Musiałam teraz wymyślić jak go odciągnąć na bok. Na moje szczęście nie musiałam długo czekać.

- Ej, kończy nam się picie. Może by ktoś skoczył do domu po resztę? Jacyś chętni?

Nie wiem czemu wszystkie oczy skierowane zostały na Setha. Widać bycie najmłodszym
nigdy nie wychodzi na plus.

- O nie – ktoś tu ogarnął te wszystkie wpatrzone oczy – mowy nie ma. Nie chce mi się.

Na te słowa Jake westchnął.

- Ja pójdę.

- Okej, byle szybko! – odezwało się kilkoro osób.

Jacob wstał  i rzeczywiście szybkim krokiem oddalił się od reszty. Biegłam za nim aż wszedł chyba do domu Emily i Sama. Weszłam za nim i zamknęłam drzwi. 

- Kto tu jest? – zapytał podenerwowanym głosem. No tak, wiecznie czujne wilki.

Zdjęłam z siebie czar niewidzialności.

- Cześć, Jake

Na moje słowa jego oczy stały się wielkie i w ułamku sekundy podbiegł do mnie.

- Bells! Tak się cieszę, że tu jesteś – przytulił mnie, podniósł i zakręcił dookoła.

- Puść mnie ty przerośnięty wielkoludzie! – powiedziałam śmiejąc się, nic się nie zmienił. – No to dawaj, opowiadaj co u ciebie słychać – zażądałam  i po chwili rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim.
œ

- Dłużej się nie dało? – marudzili chłopaki gdy Jake wrócił. Robili sobie z niego żarty, jednak on się tym nie przejmował. Miał wyśmienity humor, którego nikt nie mógł mu zepsuć.

Naprawdę lubiłam La Push. Tutaj był zawsze taki świetny klimat. Wszyscy zazwyczaj byli weseli, zabawni. Były tu piękne widoki na plażę. Moim ulubionym miejscem był klif z którego rozciągał się widok na wodę, lasy i niebo. Najpiękniej zawsze tam było o zachodzie słońca. 

Co ja bym dała by znowu być normalnym człowiekiem.

Idąc do Edwarda byłam dziwnie smutna. Jakiś głosik w głowie mi podpowiadał, że to tutaj, w rezerwacie jest moje miejsce. 

czwartek, 22 stycznia 2015

13. Tajemnica


Wracałam do domu Cullenów smutna. Tak bardzo żal mi Jacoba. Zresztą nie tylko jego, ale nie miałam odwagi odwiedzić Renee lub Charliego. Zastanawiałam się czy aby na pewno dobrze zrobiłam, że zostałam tym przeklętym Aniołem Stróżem. Powoli miałam tego dosyć. To wszystko było zbyt bolesne.

Nieświadomie moja prawa ręka powędrowała do nadgarstka lewej. Zdziwiłam się widząc cienki, srebrny łańcuszek a na nim dwie zawieszki - piękny, błyszczący diamencik oraz drewnianą figurkę wilka, która zawsze pachniała lasem. Edward i Jacob. Dwie najważniejsze osoby w moim życiu. Dwie osoby, z którymi powinnam zerwać kontakty. Nie mogłam tego zrobić.

Z Jacobem znałam się od tak dawna. Od kiedy pamiętam, jeździłam na dwa tygodnie, na wakacje do Forks. Zawsze się wtedy widziałam z nim. Pamiętam nasze wspólne wygłupy, to jak razem pływaliśmy, te niezliczone razy jak Jake spychał mnie z pomostu i wpadałam z krzykiem do wody, to jacy byliśmy młodzi i szczęśliwi. Pamiętałam czasy jak jeszcze Billy biegał za nami krzycząc żebyśmy wracali do domu, roześmianą mamę Jake'a czekającą w progu. Miała na imię Sarah. Kojarzyłam jeszcze dwie starsze siostry Jacoba, na które wiecznie narzekał - Rebeccę i Rachel. Potem stał się ten straszny wypadek. Sarah zginęła, a Billy od tamtej pory jeździ na wózku inwalidzkim. Rachel i Rebecca wyjechały z La Push na studia. Jacob został sam. I kiedy najbardziej mnie potrzebował, mama się przeprowadziła i przestałam jeździć do Forks. Zostawiłam go. A kiedy wróciłam i znów mnie odzyskał, zabiłam się zostawiając go. Znowu.

To co przeżyłam z Edwardem było piękne. Nigdy wcześniej nie byłam zakochana, ale czułam, że on był tym jedynym. Wszystko było jak w bajce, a potem on mnie zostawił. Tak po prostu. Byłam załamana, ale wybaczyłam mu. Później jednak dowiedziałam się, że to było dla mojego dobra. No cóż na dobre to mi na pewno nie wyszło.

Przystanęłam i oparłam się o drzewo. Czułam ucisk w gardle i zbierające się łzy w oczach. Kilka razy mrugnęłam nie dając im popłynąć. Musiałam się wziąć w garść.

Odpięłam łańcuszek z zamiarem wyrzucenia jego, jednaj moja ręka zatrzymała się. Księżyc wyłaniał się zza chmur i jego blask padł na diamencik, który zaczął się błyszczeć, a kolorowe światełka padły na moją twarz. Choć wiem, że to głupie, miałam wrażenie, że kryształ próbuje mnie zaczarować, żebym tylko go nie wyrzucała. Mój wzrok niechętnie oderwał się od tęczowych błysków i spoczął na rdzawym wilku. I tu miałam dziwne wrażenie, że zwierzak patrzy na mnie z wyrzutem i mogę przysiąc, że usłyszałam pełne rozpaczy wycie, chociaż to mógł być wytwór mojej wyobraźni.

Z dziwnym poczuciem winy rzuciłam bransoletkę daleko za siebie i zbierałam się do biegu. Dziwne uczucie w żołądku nie odpuszczało, a ja miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje.

Weszłam przez próg domu, a tam jak na złość grała jakaś smutna piosenka. Nie ma co. Nawet wszechświat mnie nie lubi. Wszyscy tańczyli "przytulańca". Wodziłam wzrokiem szukając Lany, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Nagle zauważyłam jasne włosy anielicy. Ucieszyłam się. Chciałam się komuś wygadać. Jednak stanęłam w półkroku i wytrzeszczyłam oczy.

Jedyna osoba, z którą mogłam szczerze porozmawiać i która mogłaby mi doradzić, była zajęta tańczeniem z innym aniołem, a dokładnie a Joe. No naprawdę wszechświat mnie nienawidzi.

Z głośnym westchnieniem odwróciłam się na pięcie i poszłam na górne piętro. Specjalnie głośno tupałam po schodach, jednak Lana była zbyt zajęta Joe by zwrócić na mnie uwagę.

Wyszłam na taras i podziwiałam niebo. Stąd muzyka była prawie niesłyszalna co mnie ucieszyło. Wpatrywałam się w otaczający mnie las i rozmyślałam.

Nagle usłyszałam jak  ktoś wchodzi po schodach. Nie przejmowałam się tym, bo ludzie i tak mnie nie zobaczą, a wątpiłam, że Lana nagle sobie o mnie przypomni. Jednak kroki wyraźnie zmierzały w moją stronę i byłam niemal pewna, że ów przybysz przewierca mnie wzrokiem. Instynkt kazał natychmiast się odwrócić i sprawdzić czy nic mi nie zagraża, jednak postanowiłam to zignorować. Gdy byłam niemal pewna że ten ktoś jest tuż za mną, odwróciłam się gwałtownie i kopnęłam. Ktoś jęknął i upadł. Ten ktoś kogoś mi przypominał, ale…

- Ała! Iss! Opanuj się kobieto! – nagle całe napięcie ze mnie zeszło gdy usłyszałam znajomy głos.

- Cedric? To serio ty? – powiedziałam jak skończona kretynka po czym pomogłam podnieść się przyjacielowi.

- Serio, serio – odpowiedział – Dziękuję za tak ciepłe powitanie.

- Na Anioła, przepraszam cię – odpowiedziałam zażenowana – Ale mogłeś się tak nie skradać…

- Jasne, jeszcze zwal na mnie winę

- No przepraszam…

- No przecież się nie obrażam, no choć tu Iss – powiedział wesoło po czym rozłożył ręce, a ja się do niego przytuliłam

- Tęskniłam za tobą, Ric. Mogłeś się chociaż odezwać.

- Przecież właśnie to robię. Przyszedłem was odwiedzić. Właściwie to czekałem na ciebie.

- Jak to na mnie?

- Jestem już tutaj od pół godziny. Gadałem trochę z Laną i Joe i czy mi się tylko wydaję czy nasza Lamcia się zakochała?

Wybuchnęłam śmiechem na przezwisko, które wymyślił Ric oraz że ktoś zauważył że tych dwoje do siebie ciągnie.

- No co? Przecież Lana czasem zachowuje się jak taka, mała urocza Lamcia. Nie mam racji?

- Masz, masz. Ja tam cieszę. Zasłużyła sobie na szczęście  ta nasza Lamcia.

- A co z tobą?

To pytanie trochę wybiło mnie z tematu.

- Ze mną co?

- Jesteś szczęśliwa?

Niby proste pytanie, jednak nie potrafiłam na nie odpowiedzieć. Pierwsza myśl to było ”NIE! Nie jestem ani trochę szczęśliwa”. Jakby to pytanie zadała Lana z chęcią bym jej opowiedziała co zaszło między mną a Jacobem, powiedziałabym o tym jak tęsknie za Edwardem. Jednak coś się zmieniło w Ricu. Jakoś czułam, że nie mogę powiedzieć prawdy i pierwszy raz odkąd go poznałam, skłamałam.

- Jasne. Mam Lanę, ciebie, jestem Aniołem Stróżem, niczego mi brakuje.

Chwilę mi się przypatrywał, ale po chwili skinął głową.

- Gdzie byłaś?

Kolejne dziwne pytanie. Co to komisariat policji, że się mnie o wszystko wypytuje? Coś mi się tu nie podobało. Również ton jakim zadał mi to pytanie był dziwny. Zaskoczona spojrzałam na niego. Przypatrywał mi się znowu tym dziwnym, wzrokiem i przez chwilę mogłam dostrzec chłód w jego oczach. Po chwili jednak odwrócił wzrok i wzruszył ramionami.

- Tak z ciekawości pytam. Nie chcesz nie odpowiadaj.

Ja jednak wciąż się patrzyłam na anioła. Coś w jego zachowania i stylu bycia, było zdecydowanie nie tak. Cedric zachowywał się jakoś dziwnie. Po chwili jednak stwierdziłam, że jak mu nie odpowiem będzie to wyglądało dziwnie.

Wzruszyłam ramionami.

- Tak chodziłam sobie po lesie. Wiesz że nie lubię takich atrakcji – kiwnęłam głową na dom za mną.

Znów się we mnie gapił! Jak jastrząb jakiś! Miał minę jakby mi nie do końca wierzył

- W sumie to typowe dla ciebie. Zawsze unikasz ”takich atrakcji” - poczym uśmiechnął się do mnie.

Odwzajemniłam ten gest jednak gęsia skórka przebiegła po moim ciele. Coś w jego uśmiechu było mrocznego i drapieżnego. Przyjrzałam mu się jeszcze raz i nareszcie zrozumiałam czemu wyglądał jakoś inaczej. To spostrzeżenie sprawiło, że omal nie pacnęłam się ręką w czoło. Ric chyba wyczuł, że mu się przyglądam bo zapytał.

- No co? Jestem gdzieś ubrudzony?

- Nie , nie ja tylko… stęskniłam się za tobą – powiedziałam i znów się do niego przytuliłam.
Albo znów byłam przewrażliwiona, albo poczułam chłód od niego, no ale w sumie na dworze było zimno…

- Ja też Iss –powiedział – Ale wybaczysz – w tym momencie oderwał się ode mnie – ale obowiązki wzywają

Chwilę potem się teleportował.

Musiał usiąść bo kołowało mi się w głowie. Czemu muszę być jakaś przewrażliwiona? Ric po prostu miał na sobie zwykłe jeansy i ciemny T-shirt, a nie ”anielski” strój. A biło od niego zimno bo pewnie biegł po lesie. A zachowywał się tak, bo pewnie był zmęczony. Idiotka, idiotka, idiotka… Czemu ja wszędzie muszę widzieć problem? Tylko czemu mi się tak dziwnie przypatrywał jakby wiedział, że kłamie? Pewnie to też wytwór mojej wyobraźni.


Minęło kilka dni od przyjęcia. Cullenowie byli przeszczęśliwi. Ja też byłam poniekąd szczęśliwa, cieszyłam się ich szczęściem. Lana cały czas chodziła rozanielona, ale za każdym razem jak chciałam zapytać o szczegóły chichrała się jak jakaś nastolatka i powiedziała, że na razie nic nie powie. Parę razy w szkole spotkałam Joe, jednak on też uparcie milczał. Trzeba będzie pociągnąć Lamcię za język.

Siedziałam właśnie w szpitalu u Carlisle’a, gdy  t o  poczułam. Chwilę potem usłyszałam głos Lany.

„Czułaś?”

„Tak. Nie wiesz o co może im chodzić?

„Nie… wyczuwam kłopoty”

Mimo wszystko się spięłam. Najwyższa Rada Anielska nas wzywała. Może dowiedzieli się, że widziałam się z Jacobem i chcą mnie ukarać? A kary Rady są naprawdę okropne… Ale jakby chcieli mnie ukarać to nie wzywaliby Lany. Jednak zimny pot spływał wzdłuż mojego kręgosłupa.

„Iss, nie martw się. Nie zrobiłyśmy nic złe…”

Nagle Lana zamilkła. Wiedziała przecież że poszłam spotkać się z Jacobem.

„Mówiłam, że będą kłopoty”

„Lana, przepraszam… nie chciałam cię w to wplątać”

„Ej, jestem twoją przyjaciółką pamiętasz? Na dobre i na złe. A teraz choć. Oni nie lubią czekać.”

Teleportowałyśmy się i chwilę potem byłyśmy już w anielskim wymiarze. Znalazłyśmy się w budynku Rady.

Stałyśmy przed wielkimi złoto – białymi wrotami. Drżałam na całym ciele nie mogąc się ruszyć, więc stałam podziwiając wrota. Na samym środku znajdowała się waga oznaczająca sprawiedliwość. Na około były płaskorzeźby aniołów. Po lewej stronie znajdowali się ci szczęśliwi, sprawiedliwi, dobrzy, przestrzegający prawa. Śmiali się i latali wesoło. Po prawej zaś stronie byli ci winni, skazani za nieprzestrzeganie prawa. Płakali, krzyczeli, błagali o pomoc. Zadrżałam. Mogę tak skończyć... Na samym dole, złotymi literami, łaciną, było wypisane: Dura lex, sed lex.

Surowe prawo, ale prawo.

- Iss, chodź... - szepnęła Lana

Chwyciłam klamkę w kształcie skrzydła i otworzyłam drzwi.

Moim oczom ukazała się ogromna sala w kształcie koła. Z każdej strony strony otaczały nas rzędy ław, które zajmowali Radni. W sali znajdowało się chyba sto osób.

- Ora et labora - usłyszałyśmy powitanie Aniołów Stróżów oznaczające: Módl się i pracuj.

- Ora et labora - odpowiedziałyśmy niemal szeptem

- Witajcie raz jeszcze jeszcze, Isobel, Lano - powiedziała jakaś kobieta, która znajdowała się dokładnie na przeciwko nas. Na oko wygłądała na jakieś trzydzieści parę lat. Miała długie, czarne włosy, które splotła w warkocz. Patrzyła na nas przyjaznymi, zielonymi oczami. Otaczała ją jakaś mgiełka szacunku i respektu- Nazywam się Estera i jestem Edylem. Znajduję się tutaj w zastępstwie za Konsul Ksynemę, gdyż miała ważną sprawę do załatwienia. Jesteście tutaj, ponieważ oficjalnie chcemy wam pogratulować.

Kamień spadł mi z serca i bałam się przez chwilę, że było to słychać. Uśmiechnęłam się do Lany, a ona do mnie.

- Wasi podopieczni nareszcie są szczęśliwi i nie sądzimy - tutaj rozłożyła ręce i gestem pokazała całą Radę - by wasza pomoc była im potrzebna.

Nie wiedziałam jak się zachować. Miałam ochotę rozpłakać się i powiedzieć, że się nie zgadzam jednocześnie cieszyłam się, bo nareszcie będę się mogła od nich odciąć.

- Teraz chcemy abyście wróciły do Cullenów i wymazały im pamięć o was.

Słowa Estery mną wstrząsnęły. Wiedziałam, że to standardowa procedura, jednak miałam jakiś przebłysk nadziei, że jednak do tego nie dojdzie.

Nadzieja matką głupich, czyż nie?

- Już niedługo przyjdą listy z kolejnymi podopiecznymi. Żegnajcie młodzi Stróże.

- Ora et labora - powiedzałyśmy, a Rada odpowiedziała tym samym.

Gdy tylko wyszłam z sali poczułam dziwne mrowienie na obojczykach. Zdziwiona podeszłam do jednego z luster znajdujących się na marmurowym korytarzu. Powstrzymałam krzyk zdziwienia. W miejscu mrowienia pojawił się srebrny wzór skrzydeł anielskich. Lana chyba też dostała wzór bo wpatrywała się w swoje odbicie z szokiem.

Magiczne wzory pojawiają się, gdy pomagamy podopiecznym Niestety, wzór widzę tylko ja. Dzieje się tak, żebym nie unosiła się pychą, a inni zazdrością. Misterny, srebrny wzór ma być nagrodą tylko dla mnie i nikt nie musi go oglądać.

- Też dostałaś? - usłyszałam głos Lany

- Taaak. - odpowiedziałam nieprzytomnie wpatrując się urzeczona we wzór - jest taki piękny...

- Muszę się zgodzić.

- Dobra, nie będziemy się na siebie gapić tylko wracamy do Cullenów. Mamy robotę do wykonania.

Teleportowałyśmy się znów do Forks.

- Dobra, to ja idę do Esme i Carlisle'a a ty do reszty, tak?

Przytaknęłam.

Obie rozłożyłyśmy skrzydła i poleciałyśmy w przeciwne strony.

Ja za kilka minut doleciałam do szkoły. Akurat była pora lunchu. Cullenowie byli na swoim stałym miejscu. Momentalnie uśmiecł zszedł z mojej twarzy.

Pierwsza z brzegu siedziała Rosalie.

Chodź wiem, że wampirzyca nigdy nie darzyła mnie sympatią, to mimo wszystko będę za nią tęsknić. Pamiętam, że mnie przepraszała za to jak się zachowywała i że przez nią Edward znalazł się w Volterze. Nie miałam jej tego za złe.

Weszłam do jej myśli i po kolei wymazywałam siebie i Lanę z jej wspomnień.

Wampirzyca nagle drgnęła, ale po chwili znów rozmawiała z Meredith.

Dalej siedział Emmett.

Och Emciu. Za nim będę mocno tęsknić. Był moim starszym bratem, którego nigdy nie miałam. Do smutne, że już nigdy nie usłyszę jego żartów, albo nie zobaczę głupich kawałów.

Weszłam w jego myśli i usuwałam siebie i Lanę stamtąd.

Emmett też drgnął, nawet posmutniał przez chwilę, ale zaraz znów uśmiech powrócił na jego usta.

Obok była Alice.

Alice. Uparty mały chochlik, który na dodatek był zakupoholikiem. Była też moją najlepszą przyjaciółką. Właśnie... była. Teraz nie należę do jej świata. Będzie mi jej bardzo brakować.

No to kasujemy.

Alice zamarła, a ja poczułam, że płaczę. Na prawdę nie chciałam tego robić.

- Alice, coś cię zaniepokoiło? - zapytał z troską Jasper dokładnie dobierając słowa, bo przecież nie mógł się spytać przy ludziach, czy Alice miała wizję.

- Nie ja tylko... - wzruszyła drobnymi ramionkami - Nie wiem. Jakoś przez chwilę mi się smutno zrobiło.

A ja wciąż płakałam gdy zabierałam się za Jaspera.

Jasper. Też był dla mnie jak brat. Nie tak bliski jak Emmett, ale też uważałam go za rodzinę.

Za chwilę skończyłam, a Jasper się zamyślił.

Na samym końcu został Edward. Na jego widok rozpłakałam się. Nie. Ja nie mogłam tego zrobić. Chwilę się zastanawiałam i wpłynęłam na Edwarda by wyszedł na dwór.

- Muszę się przewietrzyć - mruknął po czym wyszedł.

Skierowałam go do lasu za szkołą. Gdy znajdowałam się już ukryta za drzewami znów stałam się widzialna.

- Bella! - krzyknął po czym wziął mnie w ramiona.

Było mi tak dobrze. Teraz gdy nie byłam człowiekiem czułam, że jego skóra nie jest twarda. W jego ramionach czułam się taka bezpieczna. Wczepiłam palce w jego koszulkę i rozłożyłam skrzydła, którymi go okryłam.

- Bello - znów powiedział moje imię, a ja czułam, że się rozpływam. Moje imię w jego ustach brzmiało tak pięknie.

Podniosłam głowę i spojrzałam w jego piękne, złote oczy.

- Edward - zaczęłam niemal szeptem

Wampir przymknął oczy i pocałował mnie w czoło. Moje skrzydełka lekko zatrzepotały.

- Słucham mój aniele - odpowiedział uśmiechem i niepewnie zaczął gładzić moje skrzydła.

To było takie przyjemne... Nawet wydałam lekki pomruk, ale to było niewłaściwe i musiało się skończyć.

Odsunęłam się odrobinę i schowałam skrzydła.

Zobaczyłam lekką urazę w jego oczach, więc zaraz podeszłam i pogłaskałam go po policzku.

- Muszę odejść - powiedziałam tak cicho, że nawet wampir mógł mieć problem ze zrozumieniem mnie - jesteście szczęśliwi, nie potrzebujecie Lany ani mnie, wszystkim już usunęłam pamięć.

Wampir chyba zrozumiał bo cofnął się.

- Nie, nie... Ty chyba nie chcesz mi...

- Właśnie w tym jest problem, bo nie chce. Wiem, że to samolubne z mojej strony, ale nie zniosę myśli, że będziesz jedynie pamiętał moją śmierć i...

Zatkał mi usta pocałunkiem. Był delikatny, jakby się wahał. Czułam cały jego smutek i niemą prośbę bym nie zabierała mu wspomnień.

Oderwałam się od niego co sprawiło mi niemal fizyczny ból.

- Musisz mnie posłuchać. To poważne. Nie chce ci zabierać wspomnień, ale musisz udawać, że nie wiesz, że jestem aniołem. Ostatnią rzeczą jaką o mnie pamiętasz to to, że popełniłam samobójstwo. Proszę, to ważne.

Skinął głową.

- To będzie nasza mała tajemnica, aniele.

Uśmiechnęłam się lekko.

- Nasza mała tajemnica.



środa, 6 sierpnia 2014

12. Jacob

Jak ja nie lubię przyjęć, imprez i innych tego typu spraw! To się nie zmieniło od mojej przemiany w anioła i chyba nigdy się nie zmieni.

Dzięki darowi Dafne Cullenowie stali się bardziej ludzcy, a także towarzyscy, ale to już jest moja
i Lany zasługa. Wystarczyło dodać odwagi i pewności siebie kilkoro ludziom, a dalej wszystko potoczyło się gładko. Kiedy wampir jest pod wpływem działania daru Dafne nie czuje pragnienia, dlatego Cullenowie bez obaw integrują się z ludźmi.

Niestety Alice jak to Alice, wpadła na iście "genialny" pomysł zrobienia przyjęcia z okazji zbliżającego się końca roku. Zaproszona jest chyba połowa szkoły, a nawet i więcej. Choć tak naprawdę mnie tam nie będzie. No w sensie fizycznym mnie nie będzie, to i tak nie podoba mi się ten pomysł. Potem trzeba będzie każdego szukać w tym tłumie ludzi i pilnować.

Sama wybrałam ten kierunek w moim życiu. Może jednak niekoniecznie sama, bo obudziłam się adeptką na anioła bez mojej wiedzy, ale mogłam odmówić szkolenia. Jednak jestem tutaj, w szkole,
a dokładnie w liceum i staram się jak mogę by moi, przepraszam nasi, podopieczni byli
jak najszczęśliwsi. Choć nieraz jest trudno trzeba stawiać czoła nowym wyzwaniom. Czasami tęsknie
za swoim starym życiem. Za tatą, mamą, Jackiem…

Właśnie. Jestem ciekawa jak ma się Ric. Musi pilnować watahy, a znając humorki Jake'a, domyślam się, że nie jest mu łatwo. Muszę odwiedzić La Push. Dawno tam nie byłam. Może by tak podczas tego przyjęcia? Nie powiem… Myśl jest dość kusząca…

Eh… Bycie aniołem ma swoje wady. Na przykład samotność, która teraz mi doskwiera. Nie fajne uczucie nie móc się do kogoś odezwać. Ci co zostają aniołami są szczęśliwcami.  Przynajmniej są w jakiś sposób na ziemi. Nie wiem czy zniosłabym wszechogarniającą pustkę, w której bym dryfowała. Tylko ja i moje myśli… Aż się wzdrygnęłam. 

Nieraz dziękowałam, sama nie wiem komu, że mam moją kochaną Lanę. Niestety teraz była u Carlisle’a w szpitalu lub u Esme w pracy. No cóż, o nich też trzeba dbać.

Z mojej zadumy wyrwał mnie czyjś głos.

- Co mamy teraz? - spytała Jules

No tak. Właśnie kończył się lunch.

Stolik Cullenów już nie był tylko ich. Został przyłączony do drugiego, dlatego mieściło się przy nim sporo ludzi. Siedziało tam kilkoro nowych osób.

Trochę nieśmiała, ale zawsze uśmiechnięta Jules. Jest ruda, dlatego często staje się obiektem żartów tak samo jak Edward. Kocha ubrania, więc znalazła wspólny język z Alice. Lubiła również rozmawiać z Edwardem i Jasperem. Obok siedziała brązowowłosa Camile, która dogadywała się z Dafne. Chłopak Camile - Simon, siedział tuż obok. Miał czarne wlosy i życzliwe niebieskie oczy. Był bardzo podobny w zachowaniu do Setha. Lubił żartować, dlatego świetnie rozumiał się z Emmettem. Meredith była ostatnią z nowych znajomych, która ku zdziwieniu wszystkich, zadawała się z Rosalie. Może dlatego, że były blondynkami?

- Niemiecki? Dobrze mi się wydaję? - odpowiedziała Camile

- Nieeeee... - powiedziała Jules - Kto wymyślił te wszystkie pieprzone rodzajniki i przypadki?! Dativ, Akkusativ, Nominativ... UGH! Nienawidzę niemieckiego!

Zaśmiałam się lekko chodź i tak nikt mnie nie słyszał. No chyba, że inne anioły, bo niektórzy uczniowie liceum w Forks mieli swoich aniołów stróżów. Fajnie było być aniołem. Zero szkoły! No przynajmniej takiej normalnej.

- To ja się już chyba zbieram. Ta baba nie lubi jak się ktoś spóźnia na jej lekcje. - powiedziała Jules po czym westchnęła - Camile? Simon? Idziecie?

- Juuuuż... - odpowiedzieli w tym samym czasie i się zaśmiali. Złapali się za ręce i ruszyli za rudowłosą do wyjścia.

Uczniowie zaczęli powoli się zbierać.

- My mamy teraz trygonometrię. Rose, idziesz? - spytała Meredith

- Jasne - opowiedziała z uśmiechem. Już ruszyły do wyjścia gdy usłyszały urażony głos Emmetta.

- A o mnie to zapominasz? No dziękuję – powiedział Emmett tonem urażonego dziecka i wygiął usta w podkówkę.

- Ech... Emciu przepraszam. - podbiegła do chłopaka i cmoknęła go w policzek.

- Ej no! Czułości na potem. Jeszcze nam zajmą miejsca! - powiedziała lekko zirytowanym tonem Meredith, ale widać było, że próbuje się nie roześmiać.

- My lecimy na hiszpański, cześć - powiedziała Dafne i wyszła z Jasperem.

Przy stoliku zostali Edward i Alice.

- No, Ed my musimy iść. Mamy zastępstwo. Dwa WF-y na nas czekają.

- Nieeee... tylko nie to.

- Przeżyjesz. Chodź.  - Pociągnęła go za rękę i poszli w stronę sali gimnastycznej.

Lekcje trwały w miarę spokojnie. Były oczywiście nudne. Wyszłam z sali od trygonometrii zostawiając za sobą rozgadane Mer i Rose.

Szłam pustym korytarzem. No… prawie pustym. Na końcu majaczyła postać ubrana cała na biało. Z postawy ciała wywnioskowałam, że to chłopak. Miał nawet białe włosy. A znam tylko jednego anioła z włosami o takiej barwie…

- Joe? – spytałam

Anioł natychmiast się odwrócił i rozpromienił na mój widok.

- Isobel, hej. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę. Jesteś tu w tej szkole od jakiegoś czasu, co nie?

- Tak, a o co chodzi?

- Dostałem imię i nazwisko mojego podopiecznego, a raczej podopiecznej, ale nie wiem jak wygląda. Zaklęcie przeniosło mnie do szkoły i żadnych konkretów. Tu jest tyle tych sal i budynków… Chyba od godziny jej szukam.

- Jak się nazywa? Może ją znam.

- Angela Weber. Błagam, powiedz, że ją znasz i wiesz gdzie ma lekcje.

- To twój szczęśliwy dzień. Sala 216 – Angela właśnie miała trygonometrię. Siedziałam tuż za Rosalie i Meredith

- Ech. Chętnie bym dłużej porozmawiał, ale obowiązki wzywają.

Anioł uśmiechnął się do mnie i poleciał, oczywiście nie dosłownie, do wskazanej sali. Nagle mnie ocknęło.

- Hej, Joe

- Tak?

- Możliwe, że się jeszcze dzisiaj spotkamy.

- Czy ty wiesz coś, czego ja nie wiem?

- Owszem.

- I zgaduję, że mi nic nie powiesz?

- No proszę jaki Sherlock z ciebie.

- FOCH – krzyknął i poszedł sobie

Uśmiechnęłam się sama do siebie i wreszcie doszłam do sali gimnastycznej. Przeniknęłam przez ściany i usiadłam na trybunach. Kilka sekund zajęło mi znalezienie Edwarda i Alice.
Grali w siatkówkę.

Widać, że się męczyli. To musi być denerwujące ukrywać swoją wampirzą naturę. Trzeba cały czas się pilnować by niechcący nie odpić za mocno piłki, która poleciałaby z  ogromną prędkością i złamałaby coś komu, lub nie podbiegać za szybko.

A może by tak uszczęśliwić te moje wampirki?

Wyszłam z sali z chytrym uśmieszkiem.

Wróciłam  po kilku minutach. Usiadłam znów na trybunach i podziwiałam zaraz mającą się rozpocząć scenę.

Drzwi sali się otworzyły, a nich stanęła vice dyrektorka.

- Panie Clapp, proszę do mojego gabinetu, a wy – spojrzała na klasę – jesteście zwolnieni z tej i ostatniej lekcji.

Słychać było chóralne ”TAAAAK!”

Uśmiechnęłam się. No cóż. Lubię swoją ”pracę”.

Wszyscy uczniowie pobiegli do szatni przebrać się. Jakoś nikomu nie było szkoda dwóch ostatnich lekcji. Po kilku minutach Alice i Edward wyszli przebrani już w normalne ciuchy.

- Jedziemy  do domu czy czekamy na resztę? – spytał Edward

- Do domu! Będę mieć więcej czasu na dekorowanie! – odezwała się wesołym tonem i pobiegła do drzwi wyjściowych. Edward westchnął i ruszył za nią.

Skoro ja idę z Edwardem i Alice, to ktoś musi zaopiekować się resztą.

Skupiłam się i włączyłam telepatie miedzy mną i Laną.

„Co jest Iss?”

„Edward i Alice skończyli wcześniej lekcję i idę z nimi do domu. Ty jesteś potrzebna w szkole”

„Jak to skończyli wcześniej? Czy ty miałaś coś z tym wspólnego?”

„Pfff… nieeee…”

„Hahahah. Jasne. Zaraz będę”

I się rozłączyłam po czym w błyskawicznym tempie znalazłam się w srebrnym volvo.

Nie było obok żadnych świadków, wiec wróciłam do widzialnej formy.

- No hej – powiedziałam z uśmiechem

Przestraszyli się mnie, co skwitowałam śmiechem.

- Serio jestem taka straszna? – spytałam

- Bella! – krzyknęła Alice i po chwili mnie przytuliła

Jako iż Edward był na miejscu kierowcy nie mógł za bardzo powtórzyć tego gestu, ale odwrócił się do mnie z tymi pięknymi złotymi oczami…

- Fajnie, że jesteś Bells. – powiedział i znów odwrócił się do kierownicy.

No i czar prysł.

- Jak wam się podobał odwołany WF? – spytałam

- To było tak piękne, że aż nie wierzyłem własnym oczom

- Dokładnie – dodała Alice

- To dobrze – odpowiedziałam z bananem na twarzy co nie umknęło uwadze chochlicy

- Ej, ej, ej...  Czy to przypadkiem nie twoja sprawka?

- Nie ma za co.  – powiedziałam uśmiechając się jeszcze bardziej

- Dzię – ku – je – my – odpowiedzieli razem dzieląc wyraz na sylaby jak dzieci w przedszkolu. Chwilę po tym cała nasza trójka wybuchnęła śmiechem.

Nim się spostrzegłam byliśmy już pod domem Cullenów.

Alice każdemu rozdzieliła zadanie, choć wykręcałam się jak mogłam. Takie małe a jakie uparte…  

Dostałam pudło różnokolorowych lampek choinkowych, które miałam zawieszać gdzie się da. Muszę przyznać, że było tego dużo. Najpierw obwiesiłam balustradę, oczywiście musiałam zdejmować i okręcać jeszcze raz bo Alice nie podobał się kolor. Później trochę większe w kształcie gwiazdek przywiesiłam na suficie ( moje skrzydła się do czegoś przydały! ), co dało efekt rozgwieżdżonego nieba. Później, małymi różowymi w kształcie różyczek, owijam kolumny. Na koniec, kolorowymi kulkami obwieszałam drzewa. To mi zajęło najwięcej czasu, bo musiałam ozdobić całą ścieżkę od domu do głównej drogi, czyli jakieś pół kilometra. Gdy skończyłam udałam się do domu i położyłam na sofie i głośno westchnęłam.

- Mam dosyć.

- Ale muszę przyznać, że masz talent dekoratorski – powiedziała Alice poważnym głosem

Chwile po tym reszta Cullenów weszła do domu. Alice w mniej niż minutę dała każdemu instrukcję i polecenia co ma zrobić. Nikt raczej nie miał nic do gadania.



Wybiła godzina siedemnasta i goście powoli zaczęli się zjeżdżać. Ja na powrót byłam niewidzialna. Szczerze byłam padnięta. Czekałam tylko aż pojawi się Lana.
Mniej więcej dziesięć minut potem zjawiła się anielica.

- Lana! – zawołałam by zwrócić uwagę blondynki.

Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Kilka sekund później stała przede mną.
- Mam do ciebie sprawę – zaczęłam

- No słucham.

- Chciałabym odwiedzić Rica… - zaczęłam ale mi przerwała

- To super pomysł! Chodźmy! – powiedziała i złapała mnie za rękę ciągnąc ku wyjściu

- Ale ktoś… musi tutaj z nimi zostać… - momentalnie jej dobry humor wyparował

- Aha. Rozumiem. Nie idziesz do Rica tylko do tych wilkołaków, prawda. A ja mam tu zostać z tymi wampirami?

- Nie tylko…

- Nie tłumacz się. Obie wiemy jaka jest prawda. Tylko nie przeginaj. Wiesz, że łamiesz kodeks?

- Wiem, ale…

- Idź zanim zmienię zdanie.

- Okej, Lana?

- Tak?

- Wiesz, że spotkałam dzisiaj Joe w szkole. Prawdopodobnie będzie tutaj.  

Jej oczy się rozszerzyły. Oj tak. Lana lubi Joe. Lubi, lubi…

- Idź ty już – powiedziała do mnie uśmiechając się co odwzajemniłam.

Wyszłam tylnym wyjściem i pobiegłam w stronę La Push.

Kocham biegać! Zwłaszcza wieczorem gdy jest takie rześkie powietrze. Niestety to nie trwało długo gdyż chwilę potem znalazłam się nad rzeczką, naturalną granicą między Cullenami a sforą. Jednym długim skokiem przeskoczyłam wodę. Kilka minut później dobiegłam na plażę. Stamtąd skierowałam się do domku Jacoba, modląc się by był tam.

Podeszłam do tak dobrze znanego mi domku. Światła na górze się paliły – to dobry znak. Przeniknęłam przez ściany i znalazłam się w małych holu. Poszłam do schodów. Gdy zrobiłam parę kroków usłyszałam czyjeś głosy.

- Nie możesz wiecznie się zamartwiać, Jake – to był chyba Seth

- Właśnie weź się w garść, bo żal na ciebie patrzeć – a to zdecydowanie była Leah

- Możecie zostawić mnie w spokoju – powiedział Jake siląc się na spokojny głos

- Och no dawaj, dziś robimy ognisko. Będzie zabawnie – Tak, to na pewno był Seth

- Nigdzie się nie wybieram

- Nie zachowuj się jak dziecko! Jej już nie ma! Swoim płaczem i lamentami nie przywrócisz jej do życia!

- Powiedziałem, żebyście dali mi spokój!

Leath warknęła zła po czym trzasnęła drzwiami i wyszła. Minęła mnie jak burza i wybiegła z domu.

- Jake… - zaczął spokojnie Seth, ale został uciszony

- Wyjdź!

Młodszy chłopak westchnął i ruszył w ślad za siostrą. Weszłam po schodach i zajrzałam do pokoju Jacoba. Nie widziałam Rica. To dobry znak. Chciałam porozmawiać z Jakiem, co było wbrew kodeksowi, ale czego rada nie widzi to ich nie boli…

Wślizgnęłam się do pokoju. To co tam ujrzałam powaliło mnie. Jake nie zaliczał się do osób, które mają porządek w pokoju, ale teraz naprawdę przesadził. Wszędzie walały się jakieś ubrania, regał była przewrócony, a cała jego wartość zniszczona leżała na podłodze. Gdzieś obok walały się odłamki szkła.

Jake siedział w koncie trzymając coś w ręce. Podeszłam bliżej i zajrzałam mu przez ramię. Była to nasza wspólna fotografia. Oczy mi się zaszkliły. Pamiętam, jak Seth zrobił nam to zdjęcie. To było na ognisku watahy. Tyle się pozmieniało od tamtego czasu.

Usiadłam koło Jake’a. Wzięłam głęboki wdech po czym stałam się widzialna.

- Jacob – szepnęłam

Odwrócił się błyskawicznie w moją stronę. Z wytrzeszczonymi oczami zaczął się ode mnie cofać.

- Nie, to niemożliwe. Mam zwidy. To nie jest prawdą – mówił cicho cały czas kręcąc głową.

Podeszłam do niego powoli i złapałam go za ręce. Myślałam, ze krzyknie lub je wyrwie, ale on tylko się we mnie wpatrywał.

- Jake, to jest prawdziwe. Ja tu jestem

- Ale ty nie żyjesz – spojrzał w moje jasne oczy – jak? – wykrztusił

Puściłam jego ręce i cofnęłam się o krok.

- Nie odchodź! – krzyknął przerażony

- Spokojnie. Nigdzie się nie wybieram. Na razie.

Skupiłam się lekko, a już chwile potem rozłożyłam skrzydła.

- Jestem aniołem, Jake – powiedziałam – To prawda, nie żyję, ale tu jestem – powiedziałam spokojnie łapiąc go znów za ręce.

- Bella… - powiedział po czym padł na kolana i przytulił się do mnie – Nawet sobie nie wyobrażasz jak tęskniłem

Wyobrażam bo ja też tęsknie. Gładziłam ręką jego włosy.

- Jesteś moim aniołem stróżem? – spytał z nadzieją

- Niestety nie twoim, ale czasem możemy się widywać. – powiedziałam. – Jake, to co teraz robię jest nielegalne, dlatego nie możesz nikomu powiedzieć, że mnie widziałeś, jasne?

Kiwnął głową.

- Muszę iść. Nie wiem, kiedy wróci twój stróż, a nie chce mieć kłopotów

- Nie idź, dopiero przyszłaś.

- Muszę, Jake.

- Ale przyjdziesz kiedyś?

Zamknęłam oczy pod którymi zebrały się łzy. Za to co robie, są straszne kary. Mieliśmy zerwać wszelkie kontakty ze wszystkimi w poprzednim życiu. Ale ja tak po prostu nie umiem go zostawić. Westchnęłam.

- Przyjdę.

- Obiecujesz?

- Obiecuję.

Po czym znów stałam się niewidzialna. Nie oglądając się za siebie, bo byłoby to zbyt bolesne, pobiegłam w stronę domu Cullenów.  



Mam nadzieję, że się podobało :) Jak na razie najdłuższy rozdział jaki napisałam! Może w porównaniu z innymi blogami nie jest aż taki długi, ale malutkimi kroczkami notki może będą coraz dłuższe? Kto wie? No tak, ja xD A tak na poważnie to postaram się pisać dłuższe rozdziały. 
Trzymajcie się chłodno, bo na dworze upał  ( Belle to wymyśliła :> Geniusz <3 Zapraszam do niej, bo ma wspaniałe blogi ^^  1 i 2 )

Katherine